Ujęcie laptopa z tekstem powieści i statystyką wyrazów jako przełamanie blokady pisarskiej

3000 słów na przełamanie blokady pisarskiej

Czy 3000 słów to dużo czy mało? To zależy. Gdyby gonił mnie termin oddania tekstu do redakcji, to zdecydowanie powiedziałabym, że to mało. Gdybym była w zwykłej rutynie pisarskiej – jak to bywało w czasach wyzwania NaNoWriMo – też powiedziałabym, że mało. Ale jeśli chodzi o przełamanie blokady pisarskiej, to 3000 słów w dwa tygodnie jest naprawdę wspaniałym wynikiem!

Ekonomia twórczości, czyli dlaczego blokada to czasem… recesja

Pisanie jest procesem i przez to – według mnie – podlega pewnym prawom, czego przejawem może być to, że przebiega w cyklu koniunkturalnym, wygląda jak sinusoida, czy jak zwał tak zwał. Przynajmniej do takich wniosków doszłam w ciągu tych kilkudziesięciu lat mojego pisarstwa. Tak, mogę się pochwalić doświadczeniem liczonym w pełnych dziesiątkach… I wcale nie jest mi przez to lepiej.

Zdarzały mi się miesiące, a nawet całe lata, kiedy pisanie szło lekko, bez wysiłku, a nakłady energetyczne zwracały się w satysfakcji z kolejnych rozdziałów, co napędzało mnie do dalszego tworzenia. Ale… Zdarzały się też miesiące i lata, kiedy nie napisałam nic. Kompletnie nic.

Wielu twórców nazywa to blokadą pisarską. Są też tacy – i oni dość często udzielają porad internetowych z zakresu: jak pisać, jak nie pisać… – którzy twierdzą, że nie istnieje coś takiego, a pisanie jest rzemiosłem lub nawykiem, który należy wykształcić w sobie przez codzienną rutynę.

Chyba zbyt wiele już doświadczyłam, zaobserwowałam, słyszałam, żeby nie być wyczuloną na przypadki szczególnej „płodności” twórczej. Ekonomia jest bezlitosna dla gospodarek światowych, ale jej prawa – stety, niestety – sprawdzają się też w pisarstwie. Przegrzana „gospodarka” autorska prędzej czy później będzie musiała zwolnić. I zamiast rozpaczać przy recesji, dobrze jest nieco przekierować zasoby na inne obszary, zregenerować przemysł podstawowy (twórczość) i wykorzystać okres spadku i spowolnienia do odbudowania się.

Ach, wychodzi ze mnie ekonomistka! Wróćmy więc do pisarstwa już bez metafor.

Luty – miesiąc idealny na przełamanie blokady pisarskiej

Wspominałam już na moich social mediach (Instagram lub fanpage), że przełom roku był dla mnie pisarsko bardzo trudny. Nawrót choroby wymusił na mnie przeformułowanie priorytetów i twórczość zeszła na dalszy plan. W styczeń weszłam z falstartem, organizując się na nowo gdzieś w połowie miesiąca.

A w lutym – też w jego połowie – wróciłam do codziennego pisania tomu drugiego Trylogii Światłocienia. Choćby to było 100 słów, ważne było dla mnie, żeby posunąć tę historię do przodu. Nie liczyłam na rekordy. Chciałam po prostu znów poczuć rytm.

Wynik? Okrągłe 3000 słów w dwa tygodnie. Prawie drugie tyle powstało w moich cotygodniowych wpisach na blogu. O postach na social mediach nie wspominam, choć i tam pewnie uzbierałoby się koło tysiąca. Jak na pisarkę w lekkim zastoju twórczym całkiem nieźle, prawda?

Gdybym miała podsumować miesiąc jednym zdaniem, powiedziałabym, że stanowił odświeżające przełamanie blokady pisarskiej. Możliwe, że moje wpisy na blogu pomogły mi wrócić do gry (po angielsku ładnie się to określa słowami: „Back in the saddle”). Mam nadzieję, że to dobra wróżba na kolejne miesiące.

Od marca ważna zmiana!

Po dwóch miesiącach publikowania co tydzień do niedzielnej kawki, chciałam Was poinformować, że przechodzę w tryb publikacji co dwa tygodnie. Cotygodniowe pisanie artykułu dla Was było ogromną przyjemnością, ale skutecznie odciągnęło mnie od głównego mojego zadania – czyli pisania książek. A przyznajcie się szczerze. Chyba właśnie o te moje książki tu głównie chodzi, co?

Skoro już w tym wpisie pozwoliłam sobie na metaforę ekonomiczną, to znów do niej nawiążę. Moje zasoby są ograniczone, a koszty (głównie energetyczne i czasowe) stają się zbyt wysokie, nie dając spodziewanego zysku w postaci ukończonej książki.

Moim planem na luty było skończenie pierwszej wersji tomu 2 Trylogii Światłocienia. Tymczasem utknęłam z Avą w lesie, dwa razy (celowo) ją w nim zgubiłam i zamiast prowadzić ją na północ do smoka, wysłałam ją w zupełnie innym kierunku. Powtórzę: celowo. Niemniej, wcale się do zakończenia tej książki nie zbliżyłam jakoś szalenie, bo zamiast zakładanych 28 tysięcy słów – łatwo policzyć: 1 tysiąc dziennie – napisałam te tytułowe 3000. I jak wspomniałam na początku, zarówno to mało jak i dużo.

Jeśli więc z niecierpliwością czekasz na ciąg dalszy „Gdzie Światło spotyka Mrok”, to z pewnością wybaczysz mi to, że moje wpisy zaczną pojawiać się nieco rzadziej. Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Ziarenko do Twojego słoika:

Wartość Twojego dnia nie zależy od tego, ile „wyprodukował*ś”, ale od tego, czy starczyło Ci sił, by zrobić choć jeden mały krok w stronę tego, co kochasz. Czasem 100 słów to większe zwycięstwo niż tysiąc.

Pytanie do Ciebie: W jakim obszarze Twojego życia trwa właśnie „recesja”, której potrzebujesz pozwolić wybrzmieć, by móc się odbudować?

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

czternaście − 10 =

Przewijanie do góry