Przyznam ci się do pewnej słabości. Nie potrafię jednocześnie pisać swoich książek i czytać powieści napisanych przez innych. Miewam miesiące czysto pisarskie i takie tylko czytelnicze, kiedy to moje wyzwanie czytelnicze staje się priorytetem, a ja nadrabiam zaległości na „kupce wstydu”, jak często w bookmediach nazywa się niekończący się stosik TBR (ang. To-be-read, czyli: do przeczytania).
Wyzwanie czytelnicze
Jak co roku, podejmuję wyzwanie czytelnicze w portalu Lubimy Czytać. I jak co roku wybieram bezpieczne 24 książki. Dlaczego bezpieczne? Bo przeczytanie dwóch książek w miesiącu jest w miarę realne przy wszystkich moich aktywnościach. Co nie znaczy, że zawsze się udaje.
Dodatkowo, postanowiłam sobie ruszyć nieco już zakurzony wirtualny stosik na mojej półeczce w Legimi. W zeszłym roku, kiedy przy okazji promowania mojej książki „Gdzie Światło spotyka Mrok” zaczęłam obserwować więcej kont bookmediowych, skusiłam się na kilka „polecajek” – szczególnie w gatunku powieści obyczajowych. Zazwyczaj dodawałam je na półeczkę po obejrzeniu filmiku z myślą, że kiedyś, w wolnej chwili przeczytam.
I teraz przyszedł ten moment, kiedy stwierdziłam: „Dobra! Bierzemy się za to!”
Trzy strzały w kolano i jeden promyczek nadziei
Zaczęłam od polecajki jednej z moich patronek. Stwierdziłam, że skoro spodobała jej się moja książka i zgodziła się na patronat, możemy mieć podobny gust czytelniczy. Sprawdziłam „blurb” i utwierdziłam się w przekonaniu, że „Match me if you can” mi się spodoba.
Spoiler alert: nie spodobała.
Takie 5/10 to powiedzmy książka, którą chciałam przeczytać do końca, ale przy której zbyt często przewracałam oczami, żebym się zachwyciła. Ile razy można wspominać, że facet miał oczy w kolorze whiskey albo był wcieleniem Henry’ego Cavilla? (do Cavilla wrócę za chwilę, bo autorka wykazała się wyjątkowym crushem na jego punkcie…) Sama historia była dość przeciętna, mimo że blurb obiecywał naprawdę interesującą fabułę. A kluczowa scena dogadania się między parą głównych bohaterów była mocno zainspirowana filmem „Narzeczony mimo woli” – tylko bardziej cringe’owa.
Nie mam pojęcia, dlaczego zrobiłam sobie krzywdę i sięgnęłam po „Shout Out to my Ex”, czyli kontynuację tej pierwszej książki. Chyba kusiło mnie podpatrzeć, co stało się z parą z pierwszej części po ich „długo i szczęśliwie”. I potem czytałam książkę głównie w pozycji „facepalm”, nie do końca rozumiejąc, dlaczego sobie to zrobiłam. Henry Cavill znów wrócił jako inspiracja dla głównego bohatera. Tym razem ukochany głównej bohaterki był wcieleniem Wiedźmina granego właśnie przez Cavilla. No, serio? Nie ma innych facetów, do których mógłby być podobny? Efekt? 4/10.
Na lubimyczytac.pl znalazłam informację o trzeciej części tego cyklu. Z blurba wynika, że główna bohaterka zauroczyła się mężczyzną łudząco podobnym do znanego aktora. No, zgadnijmy, do którego… Czy ja chcę sobie zrobić to ponownie? Kusi…
Ale w styczniu sięgnęłam po następną polecajkę – teraz już innej booktuberki. I trochę odetchnęłam z ulgą. „Miłość nie na żarty” Toma Ellena to przyzwoite 6/10. Były momenty, kiedy miałam ochotę przekartkować książkę do przodu (a ciężko kartkuje się ebooka), ale generalnie dobrze się przy tej książce bawiłam.
Ten przebłysk nadziei, że idzie ku dobremu, zachęcił mnie do kolejnej zakurzonej pozycji na mojej półeczce: „It’s a match. Tylko nie ty”… Srogo się na niej zawiodłam. Początek był obiecujący, ale potem vibe randkowego reality show zupełnie do mnie nie trafił. Przypomniały mi się czasy Big Brothera i innych Love Island. Nie moje klimaty. I niestety z początkowego 5/10 zjechało na 3/10 i przekartkowaniem drugiej połowy książki. Smutne, bo dało mi poczucie straty czasu, choć na Lubimy Czytać ta książka ma bardzo wysokie oceny…
Perełka
I wreszcie – na szczęście! – doscrollowałam moją półeczkę na Legimi do dodanej dawno temu, właściwie w dzień premiery – „W południe” Moniki Sygo.
Ależ to było dobre!
Przede wszystkim, ogromnie mi się podoba to, że bohaterowie – nawet drugoplanowi – mają głębię, drugie dno psychologiczne, jakąś historię. A jeszcze bardziej podoba mi się to, w jaki sposób Monika rozwija tę bibułkę, w którą są opakowani. Nie jest to sztucznie przeciągnięte w stylu, którego nie znoszę (czyli „wiem, ale nie powiem”). Za każdym razem warto poczekać na ten kawałeczek przeszłości, który ujawni nam motywacje bohaterów.
Żeby nie było za różowo – zastrzeżenia też mam. Ale drobniutkie. I w sumie… Nawet wyszło mi to na dobre. Już mówię, dlaczego.
Należę do tych czytelników, którzy każde niedośpiewanie sobie dośpiewają. Dlatego tworzę tyle opowiadań z tych niedopowiedzeń, które autor zostawił gdzieś na marginesie swojej opowieści. W tym przypadku czuję, że wynika to nie z tego, że autorka chciała szybko skończyć historię (a miewam takie przeczucia przy książkach innych autorów). Tu poczułam podobieństwo do siebie – tym razem mnie jako pisarki, nie czytelniczki – że Monika wiedziała, co tam się zadziało poza kadrem, ale zostawiła to już dla siebie. I do ewentualnego dośpiewania sobie przez czytelnika, jeśli sobie tego życzy.
I ja sobie dośpiewałam. I ten wieczór po koncercie. I to, co dalej… I bardzo miłe to było. I długo ze mną zostanie.
Słoik w nowej odsłonie
W powieści Moniki Sygo pojawił się… słoik. Kiedy główny bohater schodzi do publiczności, żeby ktoś wylosował ze słoika tytuł następnej piosenki, dosłownie opadła mi szczęka. Jakże to rezonowało z moim Rytuałem Słoika!
W książce po wylosowaniu karteczki osoba z publiczności dopisuje następną i wrzuca do słoika. Zainspirowało mnie to do czegoś nowego. A gdybyśmy zrobili to razem? Myślę o wirtualnym słoiku Q&A, do którego to WY wrzucacie pytania lub wybieracie cytaty, a ja opowiadam o nich podczas spotkania na żywo. Co Ty na to? Chcesz mieć wpływ na to, co wylosuję?
A skoro już o słoikach mowa… Wrzucam Ci nowe ziarenko.
Nie miej wyrzutów sumienia, odkładając książkę (lub sprawę), która Cię męczy. Robisz w ten sposób miejsce na Perełkę, która na pewno na Ciebie czeka. Co dzisiaj możesz „odłożyć na półkę”, żeby odzyskać czas na coś, co naprawdę kochasz?


