Dziś mam dla Was krótki wpis. O FOMO. Wynika to trochę z tego, że priorytetem w ostatnich dniach stało się moje zdrowie i podjęłam decyzję o lekkim wycofaniu się z wirtualnej przestrzeni na rzecz skupienia się na leczeniu. A skoro świadomie zrezygnowałam z pewnych aktywności na blogu i na social mediach, to przyszło mi do głowy, żeby napisać dzisiaj o tym, czy się boję tej nieobecności.
Strach ma wielkie oczy i zwą go FOMO
O co chodzi z tym dziwacznym określeniem? FOMO to skrót od angielskiego „fear of missing out”, czyli mówiąc po naszemu – strach przed pominięciem, przegapieniem czegoś ważnego.
Nie znam chyba osoby, która choć raz by nie zmierzyła się z tym lękiem. I nie chodzi tu jedynie o przegapienie najnowszych wpisów na socialach czy zwrotów akcji w jakiejś internetowej dramie. Miewaliśmy FOMO też dawniej (zanim Ziemia ostygła – taki millenialski żarcik o czasach sprzed Internetu) tylko związany był z pominięciem odcinka ulubionego serialu lub nienadążenia za plotkami z wielkiego świata.
Prawdą poniekąd dość powszechną jest to, że strach jest najsilniejszą emocją. Dlatego większość marketingowych chwytów opiera się na wywołaniu w potencjalnych klientach lęku przed tym, że coś – czego prawdopodobnie by teraz nie kupił – za kilka dni zostanie wycofane z rynku albo zdrożeje. Ilu z nas nabrało się na ten myk? I powiem Wam w sekrecie, że nawet jeśli jesteśmy świadomi tej manipulacji (i graniem strachem) najprawdopodobniej i tak jej ulegniemy.
Skąd FOMO u mnie?
Każdorazowo, kiedy stawiam zdrowie na pierwszym miejscu i ograniczam inne aktywności, jest we mnie taka myśl, że Was stracę. Że przestaniecie zaglądać na moje media społecznościowe. Kiedy osiem lat temu publikowałam codziennie rozdział fanfika, strach, że czytelnicy odejdą, jeśli nie opublikuję kolejnej części, był tak realny, że niemal doprowadził do mojego wypalenia pisarskiego i rozstroju nerwowego. Bo zarywałam noc, żeby dokończyć rozdział albo tłumaczenia. W rezultacie, nie wysypiałam się i zmieniałam w zombie.
Wtedy z pomocą przyszedł mój mąż, który uświadomił mi, że NIE MUSZĘ publikować codziennie. Że nic nie jestem winna osobom, które czytają moje opowiadania. I że jeśli są wciągnięci w moje opowiadania, to nic się nie stanie, jeśli poczekają kilka dni dłużej.
Taki kubeł zimnej wody dobrze mi na głowę zrobił. Pomogło mi to przeformułować priorytety i nabrać zdrowego dystansu do tego, co udostępniam w sieci.
Wniosek na dziś?
Dlatego też z uwagą słucham siebie. Jeśli moje ciało mówi „dość”, nie dociskam na siłę. Jeśli w głowie cichy głosik powtarza, że coś mnie ominie, coś przegapię, ktoś z moich obserwatorów odejdzie – powtarzam sobie, że trudno. Widocznie nie jestem dla tego kogoś kimś, dla kogo warto poczekać.
Tym bardziej doceniam każdego z Was, że trwacie przy mnie na dobre i na złe. Że wspieracie. Że czytacie moje książki, moje wpisy na social mediach, moje posty na blogu. Jesteście moją społecznością i bardzo Wam za to dziękuję!
Ziarenko do Twojego słoika:
Świat nie zatrzyma się, jeśli Ty na chwilę zamkniesz oczy, by odpocząć. Prawdziwe życie dzieje się w pauzach, których nie widać na ekranie telefonu.
Pytanie do Ciebie: Z jakiej jednej rzeczy możesz dzisiaj zrezygnować z ulgą, zamiast z lękiem?


