Lena Klimka z książką. Ilustracja jej drogi do self-publishingu

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było? Moja droga do self-publishingu

Prawie dwa lata. Tyle czasu minęło, odkąd ostatni raz kliknęłam 'Opublikuj’. Przez ten czas moje pisarskie biurko widziało trzy wcielenia Leny: tę tworzącą, tę borykającą się z wyzwaniami, jakie stawia droga do self-publishingu oraz tę, która szukała równowagi przy zbyt wielu zadaniach, którym czoła stawia każdy autor. Dziś opowiem Ci, gdzie byłam, kiedy mnie tu nie było.

Wybór pisarskiej ścieżki

Rok 2023 otworzył mi oczy na to, gdzie jest moje miejsce na rynku wydawniczym. To właśnie w tamtym roku postanowiłam odwiedzić Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie podczas tzw. dni branżowych (czyli zazwyczaj są to: czwartek i piątek).

Wzięłam urlop i pojechałam do Hali Expo na cały dzień. Odwiedziłam wszystkie stoiska wydawnictw, z którymi chciałabym współpracować nad moimi książkami. Przeprowadziłam chyba z dziesięć ciekawych rozmów z redaktorami, którym opowiedziałam o mojej najnowszej powieści i powiem Ci szczerze, że większość tych osób była naprawdę zainteresowana tą historią. Ale część z nich powiedziała wprost, co się liczy na rynku wydawniczym. Książka jest produktem i musi się sprzedać.

Innymi słowy – masz zasięgi, wydamy.

A ja nie należę do osób, które założą TikToka i będą nagrywać śmieszne filmiki. Może jestem na to za stara. Nie mentalnie, tylko serio, ja naprawdę mam co robić ze swoim czasem.

Jak się zapewne domyślasz – po targach odezwałam się do zainteresowanych. I czekałam. Nie pierwszy raz traciłam czas na odpowiedź z wydawnictwa. I wiesz… Powtarzałam w myślach te wszystkie rady: „trzeba być cierpliwym”, „w końcu ktoś cię zauważy”, „wyślij jeszcze raz”… I co? Znów czekaj?

Zadałam sobie wtedy kluczowe pytanie: czy ja mam czas na to czekanie? I drugie jeszcze ważniejsze: czy ja chcę, żeby ktoś mi dyktował warunki, jak moja książka ma wyglądać i jak długo będzie żyła na rynku?

Jak się zapewne domyślasz, obie odpowiedzi brzmiały: „nie”.

Dlaczego bałam się self-publishingu?

Samodzielne wydanie książki kusiło mnie już od kilku lat, jednak nad tą chęcią zawsze dominował lęk przed tym, czy sobie poradzę.

Najwięcej obaw wiązało się nie z procesem wydawniczym, bo już wcześniej pracowałam nad tekstami z redaktorami i korektorami, lecz z logistyką i rozliczeniem.

Jak znaleźć podwykonawców? Jak zaplanować kolejne etapy procesu? Jak dogadać się z drukarnią specjalizującą się w drukowaniu książek, która ma umowy na wielkie nakłady z dużymi graczami, a nie z taką jednostką jak ja? No i najważniejsze, jak to wszystko spiąć finansowo, żeby inwestycja nie była całkowitą porażką?

Zaczęłam małymi kroczkami. Wykupiłam kurs, w którym cały self-publishing był rozłożony na czynniki pierwsze. Rozpisałam koszty. I zaczęłam szukać profesjonalnego wsparcia.

Okazało się, że są firmy, które oferują kompleksowe usługi wydawnicze – od redakcji, przez korektę, po projekt okładki i skład. Czyli robią to, co wydawnictwa, ale za Twoje pieniądze.

Czym różnią się od vanity (które też za takie usługi weźmie pieniądze od autora?), że cała książka nadal pozostaje całkowicie Twoim produktem, którego sprzedaż poprowadzisz sam/sama i zyski trafią tylko do Ciebie. No, chyba że podpiszesz umowę z dystrybutorem… To wtedy tymi zyskami musisz się z nim podzielić i jest to zazwyczaj spory procent.

Przyznam Ci się szczerze, że kiedy już finalizowałam proces wydawniczy „Gdzie Światło spotyka Mrok”, pojawiła się we mnie taka refleksja, że powinnam znacznie wcześniej zdecydować się na selfa. Ograniczenia i lęki były tylko w mojej głowie.

Lena Klimka – spakowana książka gotowa do wysyłki ze sklepu autorskiego
Każda taka paczka to dla mnie mały triumf nad logistyką i technikaliami. Warto było przejść przez ten proces, by móc wysłać moją historię w świat

Były trudne momenty

Ale nie było zbyt różowo! O ile sam proces wydawniczy nie stanowił dla mnie większego problemu, to im bliżej premiery, tym bardziej paląca stała się kwestia dystrybucji. Jako samowydawca bez założonej firmy nie miałam dojścia do umów z dystrybutorami, z których usług korzystają wydawnictwa. Natomiast takie współpracujące z małymi wydawcami lub self-publisherami bywają niewypłacalne.

Pomyśl sobie – nie dość, że biorą 60-70% kasy ze sprzedanego egzemplarza, to jeszcze nie przekazują Ci tych należnych Ci pieniędzy regularnie i trzeba się do nich dobijać.

A zatem trzeba było postawić własny sklep online. I tu zderzyłam się ze ścianą. Nie chodzi mi nawet o informatyczne bebechy. Nie jest to pierwsza strona, którą amatorsko sobie postawiłam. Korzystanie z szablonów i gotowych wtyczek pomaga w takim półamatorskim ogarnięciu tematu. Ale…

Nie możesz postawić sobie sklepu bez regulaminów, polityki prywatności (to akurat dotyczy każdej strony, nie tylko tych ze sklepem), RODO… No, ludzie!

Zrobiłam research. Przeszłam po kilkunastu stronach dużych i małych wydawnictw czy księgarni i coraz bardziej bladłam na widok stopnia skomplikowania tych dokumentów! To nie jest coś, co można sobie wziąć od kogoś na wzór i podstawić swoje dane! Jeśli interesują Cię konkretne namiary na to, jak ogarnąć prawo w self-publishingu, daj znać w komentarzu – chętnie podzielę się tym, co już sprawdziłam.

Wtedy też ktoś mi pomógł. Napisałam do mojej koleżanki, która od lat jest samowydawczynią. Miała przyjemnie skonstruowaną politykę prywatności, regulamin sklepu, regulamin sprzedaży produktów cyfrowych (tak, tak, e-booki wymagają osobnych regulacji), regulamin reklamacji. No, pełna profeska! I ona pokierowała mnie do kancelarii, która nie tylko oferuje wzory, ale też kurs tłumaczący, co i dlaczego musi się w tych dokumentach znaleźć. Samo przejście kursu to były chyba dwa tygodnie mojego życia. A uzupełnianie wzorów następne dwa.

Ale prawdziwy armagedon dopiero na mnie czekał!

Wysyłka i płatności…

Znalezienie pośredników, którzy nie wymagają założenia firmy, to była gehenna. Nie chciałam mieć sklepu, w którym metodą płatności jest przelew, a dane do wysyłki każdorazowo będę ustalać w mailu. Chciałam mieć to zautomatyzowane. I mam, co możesz sprawdzić wchodząc do mojego sklepu (https://lenaklimka.pl/sklep)  

Bardziej mnie to stawianie sklepu zmęczyło niż cały proces wydawniczy!

Gdzie mój dobrostan?

Nie ukrywam, że ten maraton prawno-informatyczno-logistyczny nieco mnie przytłoczył. Z pomocą przyszło mi moje „One little word”, którym od lat był „dobrostan”. Odpuściłam aktywności, które mnie dodatkowo obciążały. Wróciłam do rękodzieła, znajdując w nim sposób na wyciszenia. Odkryłam też nowe hobby – malowanie po numerach.

malowanie po numerach przez osobę z pędzlem w dłoni
Malowanie po numerach wspaniale wycisza i uwalnia myśli

Może są na świecie niezwykle wydajni, produktywni ludzie, którzy potrafią pracować 18 godzin na dobę i satysfakcją ładować zużywające się baterie. Ja do nich nie należę. Kiedy mam okresy ciężkiej pracy, muszę mieć odpowiedni okres na regenerację. I pewnie z tego powodu nie będę autorką pięćdziesięciu książek, bo zwyczajnie nie zdążę ich napisać.

Te ostatnie dwa lata to był czas, kiedy więcej wsłuchiwałam się w siebie. Nie pędzę już do przodu ponad swoje siły. Wypalenie – czy to zawodowe, czy życiowe – nie jest dobre dla naszego organizmu. Ruszasz jeden klocek i sypie się całe misternie ułożone domino.

Pierwsze sygnały o wybieraniu priorytetów nieśmiało przemyciłam we wpisie sprzed trzech lat (sprawdź: https://lenaklimka.pl/2023/02/05/rozne-aktywnosci-pisarskie-co-wybrac/), ale minęło znacznie więcej czasu, kiedy świadomie zaczęłam skupiać się tylko na właściwych projektach pisarskich i na wybranych kanałach komunikacji.

Teraz już mniej więcej wiesz, co się działo w czasie, gdy mnie nie było tu na blogu. Nawet jeśli stąd znikam, to możesz podpatrzeć, co u mnie słychać, obserwując mnie na Instagramie (https://www.instagram.com/lena.klimka.official/) lub Facebooku (https://www.facebook.com/LenaKlimka/)

Postanowiłam też wrócić na stałe na bloga. Co tydzień do niedzielnej popołudniowej kawki znajdziesz parę słów ode mnie. Może nie będą to już tak rozbudowane artykuły jak ten dzisiejszy, ale na pewno czymś Cię rozbawię lub zainspiruję na nowy tydzień.

W następnym wpisie zdradzę co nieco o moich planach na rok 2026. Mam nadzieję, że cieszysz się z mojego powrotu. Czekam na Twój komentarz, czego spodziewasz się po mnie w tym roku!

Ściskam mocno,

Lena

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzy × dwa =

Przewijanie do góry